Bywa i tak, że w polsko-bawarskim domu rozpęta się wojna. Nie żadne tam Foch! --> Domyśl się, bo to zbyt mainstreamowe, tylko wygarnięcie własnemu Mężowi w krótkich słowach haniebnego czynu, którego się właśnie dopuścił, po czym odwrócenie się na pięcie i zajęcie się szalenie wciągającym czytaniem czegokolwiek, na czymkolwiek. Wtedy Mąż zwykle westchnie głeboko i sobie pójdzie w drugą stronę. Żona nie wie, co w czasie jej zawziętego czytania czegokolwiek robi jej Małżonek, jednak ten, po jakimś czasie przychodzi do Żony i w równie krótkich słowach wyjaśnia:
- No ok, masz racje tu nie byłem dobrze ALE Ty (...)
Potem najczęściej dogryzają sobie złośliwie, acz już mniej poważnie co zwykle kończy się kwestią w stylu:
- Ja Ci udusze!
- Ok, ale najpierw ja Ciebie!
Po jakiejś godzinie lub dwóch, gdy Żona na śmierć już zapomniała o kłótni, Mąż nagle wypali z tekstem:
- To co? jest już między nami zgoda?
Na co otrzymuje niezmienną odpowiedź:
- Nie ma zgody! Jest wojna!
wtorek, 7 października 2014
czwartek, 2 października 2014
Ja, ja, Umzug!
Na początku września wyjechaliśmy z U. i Schwiegermutter do bawarskiej wioski by opróżnić cały dom. A było co z niego wywozić jak już pisałam. Dwa tygodnie po nas, w Bawarskiej Wiosce zjawili się Trzej Muszkieterowie od przeprowadzek i choć wszystko było ustalone i obgadane, to chyba nie dokońca zdawali sobie sprawę z tego, co ich czeka... Umówili się tylko, że jak nie będą wiedzieli co ktoś od nich chce, to będą powtarzać "Ja, ja Umzug!" (Umzug = przeprowadzka). Przeszli się po domu, pooglądali i wzieli się do roboty. Lekko stwierdziliśmy, że zanim o 12:00 dojedzie TIR to już wszystko będzie zafoliowane i przygotowane do wyniesienia. Koniec końców, foliowanie, wynoszenie i układanie tego w przyczepie TIR-a zeszło do jakiejś 18.00, U. kilkakrotnie doświadczył stanu przedzawałowego, bo będąc np. na parterze usłyszał potworny huk, a wiedział że panowie na górze akurat pakują jego ulubiony designerski stolik ze szklanym, piekielnie ciężkim blatem. Panowie, znając już wrażliwość swojego klienta za każdym razem krzyczeli "Streeetch!!!" bo to tylko rulon folii z hukiem padł...
TIR, który miał pomieścić absolutnie wszystko i jeszcze mieć trochę wolnego miejsca, odjechał po 18.00 do Wrocławia, załadowany po sufit. Uff! no to jeszcze kilka mebelków zapakować do mniejszej ciężarówki ekipy przeprowadzkowej i można ruszać do Lipska, zahaczając po drodze o Norynbergę, bo U. wyszedł z założenia że skoro i tak jest po drodze, to zrobi jeszcze małe zakupy mebelkowe i tak się złożyło że ktoś wystawił takie ładne na eBay. Tym sposobem staliśmy się włascicielami 40-letniego, pięknego stołu, 5-ciu ludwikowskich krzeseł i równie starego regału na książki. A w samym Lipsku, ktoś wystawił na eBay piękną starą witrynę... Wszyscy padli spać o 3 nad ranem by kolejnego dnia znów nosić mebelki... tym razem z ciężarówki do mieszkania. Tak więc dzielna ekipa przeprowadzkowa, jeździła za nami 3 dni po Niemczech (bo zanim dojechali do Bawarskiej Wioski, to też zgarniali dla nas mebelek z innej części Niemiec) i słowo: zastanawiam się, czy kiedykolwiek jeszcze odbiorą telefon od U. ;) Bo nawet jak piszę "załadowaliśmy" to wiadomo, że nie ja osobiscie, nie U. tylko tych trzech nieustraszonych... Noszenia i dźwigania było co niemiara.
Tak więc etap Bawarskiej Wioski prawie skończył się bezpowrotnie. Prawie, bo wczoraj w nocy przyjechały kartony, których Schwiegermutter nie zdążyła spakować wcześniej. U. lekko oszacował, że będzie ich ze 4-5 bo przecież TIR i ciężarówka już wyjechały zapakowane po brzegi. Znając minimalistyczne upodobania teściowej uznałam, że będzie ich raczej 45 i niewiele się pomyliłam...
Babulinka niestety nie pomyślała, żeby sprawdzić czy nie są za ciężkie bo wyszło, że większość jest cięższa niż ja (wierzę U. na słowo bo jak podnosi mnie, to jednak w połowie drogi nie kładzie na ziemię i nie przesuwa na miejsce a kartony musiał). W przypadku U. który jest po 8 operacjach kręgosłupa całkiem nieśmiesznie to wyszło a na dodatek Schwiegermutter, zapytana dziś przez nas, czy to już wszystkie kartony odpowiedziała:
- Nein...
Tak więc dziś z U. jesteśmy w klimacie filmu "Starsza pani musi zniknąć"
TIR, który miał pomieścić absolutnie wszystko i jeszcze mieć trochę wolnego miejsca, odjechał po 18.00 do Wrocławia, załadowany po sufit. Uff! no to jeszcze kilka mebelków zapakować do mniejszej ciężarówki ekipy przeprowadzkowej i można ruszać do Lipska, zahaczając po drodze o Norynbergę, bo U. wyszedł z założenia że skoro i tak jest po drodze, to zrobi jeszcze małe zakupy mebelkowe i tak się złożyło że ktoś wystawił takie ładne na eBay. Tym sposobem staliśmy się włascicielami 40-letniego, pięknego stołu, 5-ciu ludwikowskich krzeseł i równie starego regału na książki. A w samym Lipsku, ktoś wystawił na eBay piękną starą witrynę... Wszyscy padli spać o 3 nad ranem by kolejnego dnia znów nosić mebelki... tym razem z ciężarówki do mieszkania. Tak więc dzielna ekipa przeprowadzkowa, jeździła za nami 3 dni po Niemczech (bo zanim dojechali do Bawarskiej Wioski, to też zgarniali dla nas mebelek z innej części Niemiec) i słowo: zastanawiam się, czy kiedykolwiek jeszcze odbiorą telefon od U. ;) Bo nawet jak piszę "załadowaliśmy" to wiadomo, że nie ja osobiscie, nie U. tylko tych trzech nieustraszonych... Noszenia i dźwigania było co niemiara.
Tak więc etap Bawarskiej Wioski prawie skończył się bezpowrotnie. Prawie, bo wczoraj w nocy przyjechały kartony, których Schwiegermutter nie zdążyła spakować wcześniej. U. lekko oszacował, że będzie ich ze 4-5 bo przecież TIR i ciężarówka już wyjechały zapakowane po brzegi. Znając minimalistyczne upodobania teściowej uznałam, że będzie ich raczej 45 i niewiele się pomyliłam...
Babulinka niestety nie pomyślała, żeby sprawdzić czy nie są za ciężkie bo wyszło, że większość jest cięższa niż ja (wierzę U. na słowo bo jak podnosi mnie, to jednak w połowie drogi nie kładzie na ziemię i nie przesuwa na miejsce a kartony musiał). W przypadku U. który jest po 8 operacjach kręgosłupa całkiem nieśmiesznie to wyszło a na dodatek Schwiegermutter, zapytana dziś przez nas, czy to już wszystkie kartony odpowiedziała:
- Nein...
Tak więc dziś z U. jesteśmy w klimacie filmu "Starsza pani musi zniknąć"
poniedziałek, 29 września 2014
U. i umiejętność wychodzenia z opresji...
- Kochanie, a czemu tu leżają te książki? - pyta zirytowany U.
- Ehh, bo... w sumie nie wiem czemu, ale jeśli Ci przeszkadzają to możesz je po prostu przełożyć, jako i ja przekładam, jeśli położysz coś nie tam gdzie trzeba i Ci nawet o tym nie mówie bo ani ja ani Ty nie jestesmy idealni i nie widze powodu by Ci zawracać głowe takimi pierdołami - wyjaśniam
- Ja??? - pyta zdziwiony U.
- Tak, sobie wyobraź, że codziennie robisz coś nie tak, ale że są to głupoty, to nie widze powodu by Cię o nie ścigać.
- Ja... - odpowiada z żartobliwym powątpiewaniem U.
- No sobie wyobraź, że nawet Bawarczycy nie są idealni! - dodaję sakrastycznie
- No Ja! yyyy znaczy Tak, ja to po niemiecku powiedziałem bo znów myliłem języki! - odwraca kota ogonem U.
Niby to językowo kuleje, ale kota ogonem odwraca po mistrzowsku... Udusić? Ja! Tylko nudno się zrobi...
- Ehh, bo... w sumie nie wiem czemu, ale jeśli Ci przeszkadzają to możesz je po prostu przełożyć, jako i ja przekładam, jeśli położysz coś nie tam gdzie trzeba i Ci nawet o tym nie mówie bo ani ja ani Ty nie jestesmy idealni i nie widze powodu by Ci zawracać głowe takimi pierdołami - wyjaśniam
- Ja??? - pyta zdziwiony U.
- Tak, sobie wyobraź, że codziennie robisz coś nie tak, ale że są to głupoty, to nie widze powodu by Cię o nie ścigać.
- Ja... - odpowiada z żartobliwym powątpiewaniem U.
- No sobie wyobraź, że nawet Bawarczycy nie są idealni! - dodaję sakrastycznie
- No Ja! yyyy znaczy Tak, ja to po niemiecku powiedziałem bo znów myliłem języki! - odwraca kota ogonem U.
Niby to językowo kuleje, ale kota ogonem odwraca po mistrzowsku... Udusić? Ja! Tylko nudno się zrobi...
czwartek, 25 września 2014
Matka
Wracam dziś z biura. Wooow nawet mam miejsce do parkowania pod domem! Ale plącze się tam jakiś na oko 2-latek zbierający kasztany. Mamusia czeka na chodniku i się głupiutko uśmiecha. Czekam więc chwilę, by sobie wjechać w miejsce, bo myslałam, że mamusia ściągnie dziecko na chodnik widząc nadjeżdzające auto z kierunkowskazem w prawo. Ale nie... Tak więc zaciągam ręczny i wyłaniam się z auta...
- Przepraszam, czy mogłaby pani zabrać dziecko? chciałabym zaparkować... - zagajam z uśmiechem
- Ale on nic nie zrobi, on sie tylko bawi - odpowiada mamusia
- Proszę zabrać dziecko z ulicy, to nie jest plac zabaw ani nawet chodnik - tłumaczę już nieco dosadniej...
Mamusia z fochem ściągnęła dziecko na chodnik. Ja sobie zaparkowałam. W czasie tych wszystkich operacji zauważyłam, że mam szybę w jakieś drobne kropki. Niewiele myśląc, spryskałam ją i przetarłam wycieraczkami.
Rozległ się wrzask Matki... O Rany! Potrąciłam dzieciaka! Ale nie... przecież stoję w miejscu a Mały kręci się po chodniku obok i zbiera kasztany. Wychodzę więc z auta, patrzę na dziecko, nadal ogarniające temat kasztanów a potem przenoszę pytający wzrok na Matkę...
- Jak pani tak może! Pani się mści! Jak tak można!
- Ale co ja własciwie zrobiłam?? - przerwałam Matce pytaniem
- No dziecko mi pani opryskała!! Pani to specjalnie zrobiła!
Spoglądam jeszcze raz uważnie na Małego. Bo może rzeczywiście wiatr zawiał i Mały dostał po twarzy, czy po oczach a miłe to napewno nie jest. Ale Mały suchy i czysty, nadal jest bardziej pochłonięty zbieraniem kasztanów niż akrobacjami Matki. Absolutnie nic nie wskazywało na to, że stała mu się jakaś przykrość tudzież krzywda. Albo, że wogóle znalazł się w polu rażenia spryskiwacza.
- Pani się nie obawia, ja nie pobieram opłat za mycie dzieci - odpowiedziałam zbulwersowanej Matce i poszłam do domu
Matka nie odpowiedziała, bo sie zapowietrzyła.
- Przepraszam, czy mogłaby pani zabrać dziecko? chciałabym zaparkować... - zagajam z uśmiechem
- Ale on nic nie zrobi, on sie tylko bawi - odpowiada mamusia
- Proszę zabrać dziecko z ulicy, to nie jest plac zabaw ani nawet chodnik - tłumaczę już nieco dosadniej...
Mamusia z fochem ściągnęła dziecko na chodnik. Ja sobie zaparkowałam. W czasie tych wszystkich operacji zauważyłam, że mam szybę w jakieś drobne kropki. Niewiele myśląc, spryskałam ją i przetarłam wycieraczkami.
Rozległ się wrzask Matki... O Rany! Potrąciłam dzieciaka! Ale nie... przecież stoję w miejscu a Mały kręci się po chodniku obok i zbiera kasztany. Wychodzę więc z auta, patrzę na dziecko, nadal ogarniające temat kasztanów a potem przenoszę pytający wzrok na Matkę...
- Jak pani tak może! Pani się mści! Jak tak można!
- Ale co ja własciwie zrobiłam?? - przerwałam Matce pytaniem
- No dziecko mi pani opryskała!! Pani to specjalnie zrobiła!
Spoglądam jeszcze raz uważnie na Małego. Bo może rzeczywiście wiatr zawiał i Mały dostał po twarzy, czy po oczach a miłe to napewno nie jest. Ale Mały suchy i czysty, nadal jest bardziej pochłonięty zbieraniem kasztanów niż akrobacjami Matki. Absolutnie nic nie wskazywało na to, że stała mu się jakaś przykrość tudzież krzywda. Albo, że wogóle znalazł się w polu rażenia spryskiwacza.
- Pani się nie obawia, ja nie pobieram opłat za mycie dzieci - odpowiedziałam zbulwersowanej Matce i poszłam do domu
Matka nie odpowiedziała, bo sie zapowietrzyła.
sobota, 20 września 2014
Zachcianki U.
- U. wychodzę do sklepu, chcesz coś?
- Tak, coś dobrego ale jednocześnie dość zdrowego...
- Czyli co?
- Mogą być lody albo chipsy!
Nie chce zatem wiedzieć, co wg tego faceta jest niezdrowe... :)
- Tak, coś dobrego ale jednocześnie dość zdrowego...
- Czyli co?
- Mogą być lody albo chipsy!
Nie chce zatem wiedzieć, co wg tego faceta jest niezdrowe... :)
piątek, 19 września 2014
Swój na swego zawsze trafi
Wsiadam do auta na parkingu we Wrocławiu. Słyszę nagle gdzieś za plecami wściekłe:
Kruzefix hura sakrament normal!!!
(Było to trochę dłuższe, bardziej skomplikowane i doprawdy nie wiem jak to zapisać ;)
Czyżby U. myślę sobie? Nie, nie jego głos ale bluzgi się zgadzają... Odwracam się do delikwenta i zagaduję po niemiecku:
- Jest pan z Bawarii?
- Tak, a skąd Pani wie? (tu wykonuje rzut oka na swoje tablice rejestracyjne, myśląc, że właśnie przez nie)
- Klnie Pan dokładnie tak samo jak mój Mąż...
Pan spojrzał na mnie bykiem, nieco zawstydzony, wsiadł do auta i odjechał. Ja jeszcze chwile stałam na parkingu śmiejąc się z całej tej sytuacji.
Kruzefix hura sakrament normal!!!
(Było to trochę dłuższe, bardziej skomplikowane i doprawdy nie wiem jak to zapisać ;)
Czyżby U. myślę sobie? Nie, nie jego głos ale bluzgi się zgadzają... Odwracam się do delikwenta i zagaduję po niemiecku:
- Jest pan z Bawarii?
- Tak, a skąd Pani wie? (tu wykonuje rzut oka na swoje tablice rejestracyjne, myśląc, że właśnie przez nie)
- Klnie Pan dokładnie tak samo jak mój Mąż...
Pan spojrzał na mnie bykiem, nieco zawstydzony, wsiadł do auta i odjechał. Ja jeszcze chwile stałam na parkingu śmiejąc się z całej tej sytuacji.
czwartek, 18 września 2014
Przeprowadzki c.d.
Do Schwiegermutter dotarło, że mamy za mało kartonów. Przypomniało jej się, że mamy trochę na strychu. Poszłyśmy więc. Aby wejść na ten strych, trzeba otworzyć klapę, z której wysuwa się drabina. Trudno latać po drabinie z kartonami, więc Schwiegermutter wlazła na górę a ja stanęłam na drabinie, odbierałam od niej kartony i jedną ręką przerzucałam je na podłogę. Puste były to i lekkie. I tak karton za kartonem sobie przerzucamy aż tu nagle Schwiegermutter, nie wiedzieć czemu, postanowiła wytargać karton ze starymi zabawkami U... Drewnianymi zabawkami. I mi go podać, bez uprzedzenia, że karton NIE JEST PUSTY!
Prawda, że wygląda to na próbę pozbycia się Synowej?
Wcześniej, jak właziłam za nią po drabinie, spadł jej klapek. Myślałam, że to przypadek...
Prawda, że wygląda to na próbę pozbycia się Synowej?
Wcześniej, jak właziłam za nią po drabinie, spadł jej klapek. Myślałam, że to przypadek...
Subskrybuj:
Posty (Atom)